Sukienki rozkładam na wersalce.
Ta, szepce babka.
Wybrała tę w kolorze krwi. Biorę ją w dłonie. To aksamit.
Zanieś mu, prosi.
Robię to bez słowa sprzeciwu.
Dziadek kończy na werandzie dopalać kolejnego klubowego, tak – z sentymentu dla minionego – nazywa każde papierosy, przejęłam to po nim. Bierze sukienkę w dłonie. Jego naskórek haczy o materiał. Wącha tkaninę.
Róża, mówi.
Patrzę na niego. Ostatnie lata wysuszyły jego ciało. Coraz częściej ucieka wzrokiem, chowa wzrok, robi nim uniki. Nie potrafi utrzymywać i odwzajemniać patrzenia. Chciałabym go widzieć silniejszym, myślę.
Odwraca się i mówi: Chodź ze mną.
Idę.
Kieruje się w stronę warsztatu.
Na miejscu zbija z leszczyny coś na kształt krzyża i ten krzyż ubiera w krwistoczerwoną sukienkę babki. Przygląda się swemu dziełu. Poprawia poduszeczki z gąbki, które nadają obiektowi wyraz zdziwienia, tak jakby coś żywego podnosiło swe ramiona.
Nada się?, pyta.
Nada się, odpowiadam.
Wiem, że potrzebne jest mu moje przytakiwanie. Tu, w tej chorobie, nie ma miejsca na sprzeciw.
Dziadek przytakuje na moje przytakiwanie. Bierze w dłonie kukłę i idzie z obleczonym w suknię szkieletem w sad. Za nim procesja: pies Dunaj i kocur Klakier.