I
W dniu ślubu naszego miałem lat czterdzieści i sześć, ona zaś osiemnaście. Tak, tak – wiem, co pan sobie myśli: starszy mężczyzna (niechudy, łysawy, na jedną nogę kulawy, z drewnianymi zębami) korzysta z małżeńskich uprawnień ku utrapieniu młodej nieszczęśnicy…
Ale to nie tak.
Bo widzi pan, tegom właśnie postanowił nie robić.
Gdym w noc poślubną wdrapał się po schodach, czerwony na twarzy od trunków i tańców, zastałem ją wystrojoną w jakowąś zwiewną szatkę, w którą wbiła ją ta czy inna ciotka, a trzęsła się, aż jej trzepotał jedwabny kołnierzyk – więc nie mogłem.
Cicho do niej przemawiając, serce przed nią otwarłem: była piękna, a ja stary, szpetny, sterany; dziwneśmy zawarli małżeństwo – nie z miłości, lecz dla wygody; jej ojciec był ubogi, a matka chora. Dlatego trafiła pod mój dach. Doskonale to wszystko wiedziałem. I ani mi się śniło ją tknąć – com też jej oświadczył, widząc jej strach i… wstręt, dodałem.
Zapewniła mię, że wstrętu do mnie bynajmniej nie czuje, chociażem widział, że jej oblicze (nadobne, zarumienione) krzywi się przy tym kłamstwie.