Lincoln w Bardo
George Saunders — Literatura

Zaproponowałem, byśmy zostali… przyjaciółmi. Wszelkie pozory skonsumowania związku zachowując. I żeby czuła się w mym domu swobodną, szczęśliwą, starając się uczynić go własnym. Nic ponadto oczekiwać od niej nie zamierzałem.

I takeśmy żyli. Połączyła nas przyjaźń. Zażyła przyjaźń. Nic więcej. I aż tyle. Razem się śmialiśmy, razem o sprawach domowych postanawiali. Pomagała mi bardziej zważać na sługi, mniej zdawkowo się do nich odzywać. Miała bystre oko i zdołała odnowić dom kosztem zaledwie ułamka spodziewanych wydatków. Ilekroć widziałem, jak się rozpromienia, kiedy wchodzę, lub czułem, jak opiera się o mnie przy omawianiu tej czy innej domowej sprawy, polepszało to los mój zaiste niewytłumaczalnie. Już przedtem byłem dość szczęśliwym, nie narzekam, aż tu nagle z ust sama mi się wyrywała ta oto prosta modlitwa: „Ona tu jest, wciąż tu jest”. Jak gdyby rwąca rzeka przetoczyła się przez mój dom, pozostawiając w nim wszechobecną woń świeżej wody i wrażenie, że jakowaś przyrodzona, zapierająca dech hojność stale krąży nieopodal.