PROLOG
27 marca 1945, Gdańsk
Dniało. Z zachodu słychać było równy pomruk sowieckich dział. W powietrzu unosił się odór palonej ropy przemieszany ze smrodem rozkładających się ciał. Samochód gauleitera z trudnością przebijał się do zatłoczonego portu. Na nabrzeżu kłębiły się setki cywilów, zdezorientowanych żołnierzy, zaprzęgów konnych, aut, a nawet wyładowanych po brzegi wózków dziecięcych i naprędce skonstruowanych taczek. Uciekinierzy z ginącego miasta próbowali przewieźć w nich resztki dobytku, którego nie strawiła jeszcze wojenna pożoga. Tak wyglądała apokalipsa, koniec starego świata, z którym tak trudno było się rozstać tym udręczonym ludziom.
Motorówka stała przy brzegu, kołysząc się na wodzie zaśmieconej pustymi kanistrami, lalkami, odpadkami, wypatroszonymi walizkami i pierzynami z gęsiego pierza, które unosiły się na oleistych wodach zatoki jak nierzeczywiste, białe wieloryby.