Wedle ostatnich dyspozycji Anny żałobne czuwanie miało zostać zorganizowane w ogrodzie na tyłach domu pośród drzew granatu i grządek bazylii. Moździerz, przywieziony z Ligurii prawie trzydzieści lat temu, kazała umieścić obok trumny, do której poleciła włożyć dwie pary niemowlęcych skarpetek – różowe i niebieskie, oraz obrączkę Carla, bo tę Anna z uporem chciała zabrać ze sobą nasuniętą na palec ponad jej własną. By pożegnać się z życiem, niczego innego nie było jej trzeba, jak stwierdziła kilka godzin przed wydaniem z siebie ostatniego tchnienia.
Roberto kręcił się przy trumnie, palił jednego nazionale bez filtra za drugim. Jego żona Maria siedziała na wyplatanym słomą krześle odgradzającym żałobników od katafalku, ale wierciła się na nim nieustannie. Dziewięciomiesięczny brzuch ciążowy sprawiał, że pociła się ponad wszelką miarę. Jeśli urodzi się dziewczynka, zamierzała nadać jej imię Anna, jak obiecała.