Lot 202
Remigiusz Mróz — Literatura

– Co, Jacek? Nie, on miał zapędy raczej w drugą stronę. Glany, czarne spodnie, pentagramy. I to wycie, kurewsko dzikie wycie, jakby przy każdym dźwięku trzeba było utoczyć komuś krwi na ofiarę. Nienawidziłam tego…

– Dlaczego uciekł?

– On nie uciekł – zaoponowała Izabela, odsuwając od siebie piwo. – Ktoś go porwał. Ogłuszył, potem załadował do samochodu… Tak przypuszczam.

Przysunęła piwo z powrotem.

– W jednej chwili był na nagraniu z monitoringu, zaraz potem już go nie było… Ciemna noc, wracał z jakiejś imprezy – mamrotała Kiedrowska. – Tacy jak oni ściągają uwagę, i co się dziwić… przecież oni wszyscy wyglądają, jakby… sama nie wiem.

Urwała i pokręciła głową. Nie miała na to siły.

– Dam ci numer do policjanta, który się nami zajmował – powiedziała. – Mnie i tak nie uwierzysz, prawda? Bo jestem tylko pierdoloną, zapijaczoną matką, która nie znała swojego syna.

– Słuchaj…

– Nie uciekł. I to nie dlatego, że był lojalny czy potulny, ale dlatego, że czuł się za mnie odpowiedzialny, rozumiesz? W tym domu to ja byłam zasranym dzieciakiem, a on opiekunem. Jeśli ktoś miałby uciekać, to raczej ja.

– Rozumiem.

– Pierdolenie – ofuknęła ją Izabela. – Nikt nie jest w stanie zrozumieć.