Markiz
Przemysław Piotrowski — Kryminalne i sensacyjne

Prolog

Zacu­mo­wany przy kei wie­kowy kuter rybacki bujał się smęt­nie, skrzy­piąc i jęcząc jak umie­ra­jący sta­rzec. Rybi zapach przy­cią­gał mewy, które spa­ce­ro­wały po relin­gach i pokła­dzie w poszu­ki­wa­niu sma­ko­wi­tych kąsków z ostat­niego połowu. Z lewej burty zwi­sały wysłu­żone sieci, a kro­ple desz­czu bęb­niły o drew­niane deski.

Postawny męż­czy­zna odwró­cił się, odchy­lił połę płasz­cza prze­ciw­desz­czo­wego i zgiął kark, aby uchro­nić się przed wia­trem i móc zapa­lić papie­rosa. Zacią­gnął się głę­boko i wypu­ścił dym, który porwał soczy­sty podmuch. Pocią­gnął nosem, odchark­nął i splu­nął na wybe­to­no­waną keję. Popa­trzył w niebo. Sta­lowe chmury wciąż wisiały nad por­tem, ale nad hory­zon­tem, niczym świe­tli­ste włócz­nie samego Posej­dona, prze­bi­jały się pierw­sze pro­mie­nie słońca. Popra­wił zerwany z głowy kap­tur i przy­trzy­mu­jąc go jedną dło­nią, ruszył w kie­runku zacu­mo­wa­nej łodzi.

– Uda­nego połowu! – poniósł się zgrzy­tliwy krzyk Macieja, powy­krę­ca­nego reu­ma­ty­zmem wia­rusa, uczci­wego rybaka i przy­ja­ciela od wódki i bry­dża, który na pokła­dzie wła­snej łajby szy­ko­wał sieci.