Markiz
Przemysław Piotrowski — Kryminalne i sensacyjne

Męż­czy­zna uniósł rękę i odmach­nął. Ze wschod­niej czę­ści portu dotarł war­kot uru­cha­mia­nego sil­nika innego kutra. Kolejny podmuch wia­tru spra­wił, że moc­niej przy­trzy­mał nacią­gnięty na głowę kap­tur. Zgar­biony pod­szedł do swo­jej łajby i chwy­cił się burty. Pogo­nił buszu­jące na łodzi mewy i wszedł na pokład, o mało nie wywra­ca­jąc się na rybich fla­kach. Przed upad­kiem uchro­nił się w ostat­niej chwili, łapiąc za reling.

– Jakim, kurwa, cudem… – mruk­nął, bo prze­cież nie powinno ich tu być. Zawsze sprzą­tał pokład po powro­cie z połowu i nie zosta­wiał na zewnątrz ani jed­nej ryby. Może coś mu umknęło, a ptaki dobrały się do resz­tek?

Powiódł wzro­kiem po ską­pa­nych w desz­czu wstę­gach czer­wieni, wciąż trzy­ma­jąc jedną dło­nią kap­tur. Krok dalej deski pokładu zdo­biły wnętrz­no­ści, które nijak nie przy­po­mi­nały rybich. Prze­go­nił kilka kolej­nych mew usil­nie szar­pią­cych długi i zakrę­cony frag­ment poły­sku­ją­cej tkanki, jako żywo przy­po­mi­na­jący jelito. Odfru­nęły, skrze­cząc z nie­za­do­wo­le­nia, i przy­sia­dły na relingu, aby po chwili sfru­nąć nieco dalej, gdzie znaj­do­wał się czę­ściowo roz­dzio­bany kawał krwa­wej mia­zgi.