Mężczyzna uniósł rękę i odmachnął. Ze wschodniej części portu dotarł warkot uruchamianego silnika innego kutra. Kolejny podmuch wiatru sprawił, że mocniej przytrzymał naciągnięty na głowę kaptur. Zgarbiony podszedł do swojej łajby i chwycił się burty. Pogonił buszujące na łodzi mewy i wszedł na pokład, o mało nie wywracając się na rybich flakach. Przed upadkiem uchronił się w ostatniej chwili, łapiąc za reling.
– Jakim, kurwa, cudem… – mruknął, bo przecież nie powinno ich tu być. Zawsze sprzątał pokład po powrocie z połowu i nie zostawiał na zewnątrz ani jednej ryby. Może coś mu umknęło, a ptaki dobrały się do resztek?
Powiódł wzrokiem po skąpanych w deszczu wstęgach czerwieni, wciąż trzymając jedną dłonią kaptur. Krok dalej deski pokładu zdobiły wnętrzności, które nijak nie przypominały rybich. Przegonił kilka kolejnych mew usilnie szarpiących długi i zakręcony fragment połyskującej tkanki, jako żywo przypominający jelito. Odfrunęły, skrzecząc z niezadowolenia, i przysiadły na relingu, aby po chwili sfrunąć nieco dalej, gdzie znajdował się częściowo rozdziobany kawał krwawej miazgi.