Prolog
Zacumowany przy kei wiekowy kuter rybacki bujał się smętnie, skrzypiąc i jęcząc jak umierający starzec. Rybi zapach przyciągał mewy, które spacerowały po relingach i pokładzie w poszukiwaniu smakowitych kąsków z ostatniego połowu. Z lewej burty zwisały wysłużone sieci, a krople deszczu bębniły o drewniane deski.
Postawny mężczyzna odwrócił się, odchylił połę płaszcza przeciwdeszczowego i zgiął kark, aby uchronić się przed wiatrem i móc zapalić papierosa. Zaciągnął się głęboko i wypuścił dym, który porwał soczysty podmuch. Pociągnął nosem, odcharknął i splunął na wybetonowaną keję. Popatrzył w niebo. Stalowe chmury wciąż wisiały nad portem, ale nad horyzontem, niczym świetliste włócznie samego Posejdona, przebijały się pierwsze promienie słońca. Poprawił zerwany z głowy kaptur i przytrzymując go jedną dłonią, ruszył w kierunku zacumowanej łodzi.
– Udanego połowu! – poniósł się zgrzytliwy krzyk Macieja, powykręcanego reumatyzmem wiarusa, uczciwego rybaka i przyjaciela od wódki i brydża, który na pokładzie własnej łajby szykował sieci.