A potem, zaledwie kilka miesięcy później, nawet to zblakło przy niespodziewanej śmierć Franceski. Kiedy więc zaproponowała Billowi, żeby wprowadził się do niej na jakiś czas, oboje usilnie próbowali zapewnić się nawzajem, że tak naprawdę chodzi o pomoc Lili przy córkach, o zapewnienie jej praktycznego wsparcia, kiedy przyzwyczajała się do samotnego rodzicielstwa. Bill nie sprzedał bungalowu, chodził tam pracować do swojego warsztatu usytuowanego w kącie ogrodu, w którym naprawiał krzesła sąsiadów i szlifował papierem ściernym nowe słupki otaczające schody w domu Lili, żeby jej dzieci nie wypadły przez balustradę. Żadne z nich nie poruszało tematu jego powrotu do siebie. W końcu pobyt Billa w domu Lili w żaden sposób nie przeszkadzał jej w życiu (zresztą w jakim życiu?), jego powściągliwa obecność dawała wręcz jej poranionej rodzinie tak bardzo potrzebne poczucie ciągłości i stabilności. Był on kotwicą ich chybotliwej, przeciekającej łódki, która nagle i bez ostrzeżenia znalazła się na pełnym morzu.