Jutro, mówi sobie w duchu. Jutro nic mnie nie rozproszy. Siądę przy biurku o dziewiątej piętnaście, gdy już odprowadzę Violet do szkoły, i nie ruszę się stamtąd, dopóki nie napiszę dwóch tysięcy słów. Postanawia nie myśleć o tym, że składała sobie tę samą obietnicę co najmniej trzy razy w tygodniu przez ostatnie pół roku.
– Wiedziałam!
Dobiega ją radosny pisk matek stojących obok pomalowanej na tęczowo ławki ustawionej przy huśtawkach. Widzi pośród nich pochyloną Marję, której rękę ściska Philippa, uśmiechając się promiennie. Marja ubrana jest w długi brązowy kaszmirowy trencz i trampki, a blond włosy upięła oryginalnie dużą szylkretową klamrą.
– Bo nie piłaś u Niny, prawda? Mam w takich sprawach przeczucie! – śmieje się Philippa. Kładzie rękę na brzuchu Marji i dyskretnie zerka za siebie, a gdy dostrzega Lilę, odwraca się teatralnie i mówi bezgłośnie: – Och, rany. Przepraszam.
Marja też się odwraca, podążając za spojrzeniem Philippy, i oblewa się rumieńcem.