Mock
Marek Krajewski — Kryminały

– Nie będziesz torturowany – usłyszał głos, który znów wydał mu się znajomy. – Twoja śmierć będzie szybka, choć wcale nie taka znowu lekka. Nie starczyło już, chłopie, trucizny dla ciebie, bo pies był duży i musieliśmy go nafutrować wieloma zatrutymi frankfurterkami. Dlatego w pełni świadomy zanurzysz się i udusisz w płynnym betonie jak w rzadkim gównie. Nie mówiłbym tego, ale cię lubię, stary, chociaż jesteś Żydem.

Najpierw zepchnęli druciany sarkofag z psem. Z lekkim bulgotem zanurzył się w cementowej mazi i zniknął pod powierzchnią. Potem zaczęli z boku na bok przewracać trumnę z Kempskim. Stary majster umierał godnie. Kiedy wpadał do betonu, nie czuł strachu. Kiedy gęste lepiszcze zalewało mu oczy i wdzierało się do nosa, zrozumiał, po co te zbrojone pręty – aby nie osłabiać wytrzymałości filarów. Ciała utopionych istot wytworzyłyby wokół siebie jakieś bąble, jakieś bańki powietrzne, które osłabiłyby beton. A pręty wokół ciał wzmocnią go w tych miejscach.

Kiedy Wolfgang Kempsky się dusił, przyszła mu do głowy absurdalna myśl, że mordercy znają się na rzeczy – na sprawach budowlanych. I wtedy przypomniał sobie, skąd zna głos swojego oprawcy.