Wagonik wzniósł się wysoko, zakołysał i przybił do masywnego szalunku, który po zalaniu betonem miał się przemienić w jeden z czterech potężnych filarów wspierających kopułę. Teraz ta przyszła podpora była jedynie drewnianą konstrukcją z sosnowych desek, którą pod koniec tego dnia prawie całą zalano betonem. Szalunek ten o wysokości dwudziestu metrów przypominał z oddali trójkątny podwójny wafelek stojący na jednym ze swych wierzchołków, z tą wszakże różnicą, że zamiast ciasta z obu stron były ściany z desek, a zamiast słodkiego nadzienia – w szczelinie pomiędzy ścianami rozlewał się wciąż jeszcze nie zastygły beton wytworzony z cementu w opolskiej cementowni Silesia.
Po chwili do szczytu filaru przybił kolejny wagonik z dwoma mężczyznami. Kempsky naliczył ich w sumie pięciu. Szybko się nim zajęli. Jeden zablokował wózek, aby się nie kołysał, a czterech wytaskało z jego wnętrza trumnę z prętów wraz z zawartością. Ręce i nogi majstra były przywiązane do zbrojenia wielokrotnie zwiniętym drutem wiązałkowym. Światło latarki elektrycznej poraziło jego oczy.