Zapadła cisza. Zebrani zaczęli się niecierpliwić. Byli ludźmi czynu i opowieści o tajemnych siłach na rozstajach dróg i o potężnych energiach czakramów budziły w nich umiarkowany entuzjazm. Przewodniczący podał referentowi raport polskiego agenta i spojrzał na ludzi przy stole.
– Polacy rozbiją tę budowlę symbolicznie – zabębnił palcami po blacie – a my rozwalimy ją w jednym miejscu, ale dosłownie. Pogrzebiemy pod zwałami betonu nie tylko kilku pożytecznych idiotów Stalina, ale i jego samego... A jak tego dokonamy? O tym nam już powie tajemniczy pan, który jest tu z nami i nadzwyczaj dużo pali.
Wzrok szefa powędrował w kąt pokoju. Ku mężczyźnie z bliznami na obliczu zwrócili swe spojrzenia również pozostali czterej uczestnicy zebrania. Wezwany zdusił papierosa i wstał ciężko. Wszedł w plamę światła, a potem usiadł u szczytu stołu naprzeciwko szefa. Badawcze spojrzenia zawisły na jego kwadratowej szczęce, na pokrytych bliznami policzkach i na gęstych szpakowatych włosach, które układały się w lekkie fale. Mężczyzna był masywny, szeroki w barach i ubrany wizytowo – w nienagannie skrojony smoking i muszkę pod szyją.