Pokój na poddaszu, który kiedyś, dawno temu, był sypialnią dziadków, ale odkąd pamiętaliśmy, służył jako pokój gościnny, okazał się jedynym pomieszczeniem w domu, którego ojciec nie zrujnował. Wszystko było w nim jak dawniej. Podłogę pokrywał kurz, a kołdry może trochę przeszły zapachem stęchlizny, ale nie bardziej niż w domku letniskowym, do którego przyjeżdża się na kolejny sezon po zimie, i po koszmarze na dole wejście tam przyniosło nam prawdziwą ulgę. Postawiliśmy bagaże na podłodze, powiesiłem garnitur na drzwiach szafy, a Yngve stanął przy oknie i opierając się rękami o parapet, spojrzał na miasto.
– Możemy zacząć od usunięcia tych wszystkich butelek – zaproponował. – Oddamy je i odbierzemy zastaw. Dzięki temu na trochę też stąd wyjdziemy.
– Dobrze, tak zróbmy.
Kiedy zeszliśmy do kuchni, dobiegł nas warkot samochodu na podjeździe. Przyjechał Gunnar. Staliśmy i czekaliśmy, aż wejdzie.
– Jesteście – uśmiechnął się. – Dawno się nie widzieliśmy.
Twarz miał opaloną, włosy jasne, ciało żylaste. Świetnie się trzymał.
– Chyba dobrze, że chłopcy tu są – powiedział, zwracając się do babci, ale zaraz znów spojrzał na nas. – To straszne, co tu się stało.
– Owszem – przyznałem.