Moja walka. Księga 1
Karl Ove Knausgård — Literatura piękna

– Rozejrzeliście się już trochę? Widzieliście, co narobił?

– Tak – potwierdził Yngve.

Gunnar z zaciśniętymi szczękami pokręcił głową.

– Nie wiem, co mam powiedzieć. To był wasz ojciec. Przykro mi, że tak się to potoczyło. Ale chyba mieliście świadomość, dokąd to zmierza.

– Sprzątniemy dom – oświadczyłem. – Teraz już wszystkim się zajmiemy.

– Dobrze. Dzisiaj rano załatwiłem najgorsze sprawy w kuchni i zabrałem trochę śmieci, ale sporo jeszcze zostało. – Uśmiechnął się przelotnie. – Mam na zewnątrz przyczepę – ciągnął. – Gdybyś ty, Yngve, wyjechał, moglibyśmy ustawić ją na trawniku koło garażu. Mebli nie możemy przecież zwyczajnie wynieść przed dom. Ani wyrzucić tych wszystkich łachów do pojemnika. Musimy to wywieźć na wysypisko. Nie uważacie, że tak będzie lepiej?

– Pewnie.

– Chłopcy i Tove są w domku letniskowym, a ja zajrzałem właściwie tylko po to, żeby się z wami przywitać. No i dostarczyć przyczepę. Przyjadę jutro przed południem i wtedy to wywieziemy. To straszne, co się tu dzieje, ale trzeba stawić temu czoło. Dacie sobie radę.

– Jasne – odparł Yngve. – Ale stanąłeś za moim samochodem, więc chyba sam musisz najpierw wyjechać.