Postanowił zjeść coś solidnego i napić się prawdziwego piwa, teraz mógł, bo pozwalała mu na to takijja. Polecono mu wprawdzie czekać w hostelu, unikać kontaktów z miejscowymi i zachowywać się tak, by nie zwracać na siebie uwagi, ale jednak musiał coś zjeść. Włożył kurtkę, naciągnął wełnianą czapkę i wyszedł.
Restauracja nazywała się Jovanka. Było w niej ponuro i cuchnęło tytoniem zmieszanym ze smrodkiem alkoholowej uryny. W kącie dwóch rozbudzonych pijaków przepijało do siebie, więc Hani usiadł pod oknem po przeciwnej stronie. Po chwili podszedł barczysty kelner w białej koszuli opiętej na włochatej piersi i odezwał się po serbsku, wydymając mięsiste usta.
– Poproszę kartę i piwo – powiedział Hani cicho po angielsku.
Kelner popatrzył podejrzliwie i mimo swojej wagi zwinnie okręcił się na pięcie. Po chwili wrócił z kartką, która odgrywała rolę karty dań, i obcesowo położył ją na stoliku. Obok postawił kufel spienionego piwa.
Menu było po serbsku i zawierało tylko siedem pozycji, więc Hani, posiłkując się swoim słabym rosyjskim, próbował coś wyczytać. Nic jednak nie zrozumiał.