DWA DNI WCZEŚNIEJ, PIĄTEK
Ilekroć Piotr Warot wracał myślą do tych zdarzeń, miał do siebie żal, że nie odczytał właściwie ostrzeżenia. Prostego znaku, cichego sygnału, tej krótkiej złowrogiej melodii ukrytej w poszumie wiatru błądzącego w koronie rosnącej przed domem wierzby. Że nie dostrzegł go w zachodzącym słońcu, które rozsiewało pomarańczową poświatę i kładło długie cienie. Czarne i smukłe, niczym fragmenty otchłani.
Dreszcz przebiegł mu po plecach, gdy wraz z żoną patrzyli na zbliżającą się do ogrodzenia taksówkę.
Warot już wiedział: Aleks przyjechał sam.
Beżowy mercedes zatrzymał się przy otwartej furtce.
Młodszy brat Warota wysiadł z wozu, otworzył sobie bagażnik – co nie spodobało się mrukliwemu kierowcy w sztruksowej kamizelce założonej na koszulkę polo – i wyjął z niego sporą torbę. Taksówkarzowi wcisnął wyszarpany z kieszeni wymięty stuzłotowy banknot, i nie czekając na resztę, ruszył w ich stronę.
Samochód odjechał, zostawiając za sobą chmurę pyłu.
Butelki, wypełnione świeżym kraftowym browarem, zabrzęczały radośnie. Młodszy brat uśmiechnął się łobuzersko.