Najsłabsze ogniwo
Robert Małecki — Literatura

DWA DNI WCZEŚNIEJ, PIĄTEK

Ilekroć Piotr Warot wracał myślą do tych zdarzeń, miał do siebie żal, że nie odczytał właściwie ostrzeżenia. Prostego znaku, cichego sygnału, tej krótkiej złowrogiej melodii ukrytej w poszumie wiatru błądzącego w koronie rosnącej przed domem wierzby. Że nie dostrzegł go w zachodzącym słońcu, które rozsiewało pomarańczową poświatę i kładło długie cienie. Czarne i smukłe, niczym fragmenty otchłani.

Dreszcz przebiegł mu po plecach, gdy wraz z żoną patrzyli na zbliżającą się do ogrodzenia taksówkę.

Warot już wiedział: Aleks przyjechał sam.

Beżowy mercedes zatrzymał się przy otwartej furtce.

Młodszy brat Warota wysiadł z wozu, otworzył sobie bagażnik – co nie spodobało się mrukliwemu kierowcy w sztruksowej kamizelce założonej na koszulkę polo – i wyjął z niego sporą torbę. Taksówkarzowi wcisnął wyszarpany z kieszeni wymięty stuzłotowy banknot, i nie czekając na resztę, ruszył w ich stronę.

Samochód odjechał, zostawiając za sobą chmurę pyłu.

Butelki, wypełnione świeżym kraftowym browarem, zabrzęczały radośnie. Młodszy brat uśmiechnął się łobuzersko.