Hania nie podzielała tego entuzjazmu. Jej ukochana Warszawa z czasów młodości została zniszczona bezpowrotnie i nic nie było w stanie przekonać jej, że jeszcze kiedyś może być piękna. Zgliszcza, ruiny, śmierć, okrucieństwa wojny – nadal to czuła w zaułkach i na ulicach miasta. Wszechobecny szwindel, bieda i brak zaufania do sąsiada wciąż odciskały bolesne piętno na życiu warszawiaków, a ona równie boleśnie dostrzegała to każdego dnia. Z bólem i goryczą skrycie przyznawała, że obecna okupacja sowiecka jest nie mniej okrutna niż wcześniej nazistowska. Doskonale zdawała sobie sprawę – tak jak i inni mieszkańcy stolicy – co dzieje się w więzieniach UB na Pradze czy na Rakowieckiej. Starała się nigdy nie zapuszczać w tamte rejony i nie patrzeć na mury katowni, w których krótko po wojnie ginęli jej przyjaciele i towarzysze z podziemia mordowani przez komunistów. Jeszcze większy ból sprawiało jej patrzenie na ruiny Woli, gdzie kiedyś, otoczony ogrodem różanym, stał jej ukochany dom rodzinny. To tam podczas powstania, w rzezi, zginęła jej matka, bestialsko zamordowana przez Niemców.