Bezkształtna ciemna bryła miękko uderzyła w szybę, otworzyła na oścież niedomknięte skrzydło okna i pacnęła na tapczan. Kocie zwłoki leżały w nienaturalnie wykręconej pozycji na zielonym rypsie, a czarne futro błyszczało w świetle lampki jak ciepły, miękki asfalt. Martwy był widocznie od niedawna, bo ciało nie zdążyło jeszcze stężeć, a szeroko otwarte żółte oczy w skośnych szparkach błyszczały jak u żywego zwierzęcia. Właściciel mieszkania nie lubił kotów. Ani żywych, ani martwych. Kto nie lubi żywych kotów, ten tym bardziej nie będzie skłonny odnosić się do nich z szacunkiem po śmierci.
– Kto cię tu wrzucił, ty ścierwo? – zapytał więc bez szacunku należnego martwemu stworzeniu.
– Nie wiesz – odpowiedział kot. – Nie przedstawił się.
Kot nie zmienił przy tym położenia, a jego pyszczek przy wypowiadanych słowach otwierał się ledwie dostrzegalnie. Głos miał słaby. Nieco chrapliwy, ale nie taki, jak wyobrażalibyśmy sobie koci głos.