Dzień Zero
tuż po północy
Jen się cieszy, że dziś cofają zegary. Zyskana godzina, dodatkowy czas, który może spędzić na udawaniu, że wcale nie czeka na syna.
Teraz jest już po północy, oficjalnie zaczął się trzydziesty października. Prawie Halloween. Jen powtarza sobie, że Todd ma osiemnaście lat, jej wrześniowe dziecko stało się już dorosłe. Może robić co mu się podoba.
Spędziła większą część tego wieczoru, krzywo drążąc dynię. Stawia ją teraz na parapecie dużego, jednoskrzydłowego okna wychodzącego na drogę dojazdową i zapala w niej świeczkę. Wycięła ją z tego samego powodu, z którego robi większość rzeczy – bo czuła, że powinna. Ale wyszła nawet dość ładna, w takim postrzępionym stylu.
Słyszy kroki swojego męża Kelly’ego na piętrze i spogląda w górę. To dla niego nietypowe, żeby nie spał o tej porze, on jest skowronkiem, a ona sową. Wyłania się z ich sypialni na najwyższym piętrze. Włosy ma potargane, niebieskoczarne w tym słabym świetle. Nie ma na sobie żadnego ubrania, za to w kąciku ust błąka mu się nikły uśmiech rozbawienia.