Kilku młodych chłopaków właśnie wychodziło z pasażu Wiecha. Byli lekko podpici i zajęci rozmową, nie zwracali na mnie uwagi. Może przyszli z Sułtana, może z innego klubu. W okolicy działało trochę nocnych przybytków, w których alkohol lał się strumieniami, wyzwalając w bywalcach całe spektrum odcieni ludzkiej natury – od tych najweselszych po najmroczniejsze.
Grupa mnie minęła, zaśmiewając się z jakiegoś niewybrednego żartu. Takimi jak oni się nie przejmowałam. Bardziej niepokojący wydawali mi się ci, którzy samotnie przemierzali miasto o tej porze.
Znów ukradkowo się rozejrzałam. Jak na złość na przystanku nie było nikogo oprócz mnie. Czułabym się znacznie bezpieczniej w towarzystwie innej kobiety, może nawet mężczyzny, z którym łączyłoby mnie tylko to, że razem czekamy na ten sam autobus.
Szeroki chodnik od strony Złotej był pusty, więc odwróciłam się w drugim kierunku. Zobaczyłam w oddali postawnego faceta, który właśnie wyszedł zza zakrętu. Był lekko oświetlony żółtawym, brudnym światłem latarni. Nieco lepiej mogłam go dostrzec dopiero, kiedy mijał neony pasażu handlowego.