Zręcznym ruchem odgarnął pożyczkę, która mu się zsunęła z czubka głowy, i wstał z ociąganiem. Nie miał zwyczaju słuchać rozkazów kobiet, ale Annika Jansson należała do wyjątków. Z biegiem lat, niechętnie, ale nabrał dla niej pewnego szacunku. Nie mógłby tego powiedzieć o żadnej innej kobiecie. Westchnął jeszcze raz. Dlaczego tak trudno o facetów w tej pracy? Na miejs-ce Ernsta Lundgrena ciągle mu przysyłają dziewczyny. Zupełna rozpacz.
Zmarszczył się, bo w recepcji rozległo się szczeknięcie. Czyżby Annika przyprowadziła do pracy któregoś ze swoich czworonogów? Przecież doskonale wie, co on sądzi o psach. Chyba będzie musiał z nią porozmawiać.
Okazało się jednak, że to nie żaden z labradorów Anniki, tylko psiak nieokreślonej rasy i barwy, ciągnący smycz, którą trzymała drobna ciemnowłosa kobieta.
– Znalazłam go na dworze, przed komisariatem – powiedziała z wyraźnym sztokholmskim akcentem.
– A jak wszedł do środka? – rzucił opryskliwie Mellberg, odwracając się na pięcie. Chciał wrócić do gabinetu.
– To jest Paula Morales – pośpiesznie wtrąciła Annika.