Mellberg przystanął. Prawda, ta dziunia, którą mu mieli przysłać, nosiła jakieś z hiszpańska brzmiące nazwisko. Kurde, ale mała. Niska, drobna. Za to spojrzenie bynajmniej nie łagodne. Podała mu rękę.
– Miło mi. Pies biegał przed budynkiem. Sądząc po wyglądzie, jest bezpański. A już z pewnością nie jest własnością nikogo, kto by potrafił się nim opiekować.
Wyrażała się w sposób kategoryczny. Mellberg był ciekaw, do czego zmierza. Pytającym tonem powiedział:
– To może proszę go gdzieś oddać?
– Tutaj nie ma schroniska dla psów. Annika zdążyła mnie już poinformować.
– Nie ma? – zdziwił się Mellberg.
Annika potrząsnęła głową.
– W takim razie… Będzie pani musiała go zabrać do domu – powiedział Mellberg, usiłując odgonić łaszącego mu się do nóg psa. Nie zważając na to, pies usiadł mu na prawej stopie.
– To niemożliwe. My już mamy psa. Sukę. Nie lubi towarzystwa – spokojnie odparła Paula, nadal patrząc na niego przeszywającym wzrokiem.
– A ty, Annika? Nie mógłby… zostać z twoimi psami? – spytał coraz bardziej strapiony Mellberg. Z jakiej racji ma się zajmować takimi drobiazgami? W końcu jest tu szefem!
Annika zdecydowanie potrząsnęła głową.