– Witamy serdecznie! – Patrik stał w drzwiach i wpuszczał pierwszych gości, Johana i Elisabeth. Poznali ich, bo mieli synka w wieku Mai. Mały William darzył Maję rzadko spotykanym uwielbieniem, chwilami aż nazbyt namacalnym. Teraz na jej widok ruszył do przodu jak czołg i zbodiczkował ją ze zręcznością ligowego hokeisty. Maja, o dziwo, nie doceniła tego manewru. Williama, choć promieniał radością, trzeba było szybko usunąć z zajętej pozycji, to znaczy zdjąć z leżącej na podłodze i wrzeszczącej wniebogłosy Mai.
– Słuchaj, stary, tak nie można. Z dziewczynkami trzeba delikatnie! – upomniał synka Johan, powstrzymując zakochaną latorośl przed kolejnym natarciem.
– Zdaje mi się, że on stosuje tę samą technikę podrywu co ty kiedyś – zaśmiała się Elisabeth, a mąż rzucił jej pełne urazy spojrzenie.
– No już, maleńka, nie było aż tak źle! Chodź na ręce. – Patrik podniósł zapłakaną córeczkę i tulił, dopóki wrzask nie przeszedł w łkanie, a potem postawił na podłodze i lekko popchnął w stronę Williama. – Zobacz, co ci przyniósł William. Jaka piękna paczka!