Czekałem na coś więcej. Deklarację, że zaraz skontaktują się z Brytyjczykami, postarają się o namierzenie Phila Braddy’ego, cokolwiek. Tymczasem Prokocki podniósł się zza biurka i wyciągnął do mnie rękę.
Pomyślałem, że w ten sposób chce mnie pożegnać, ale było tak tylko połowicznie.
– Obawiam się, że będzie musiał pan zostawić u nas telefon.
– Słucham?
– Może się okazać ważnym materiałem dowodowym.
– Ale…
– Panie Werner, proszę mi zaufać, naprawdę. Zrobimy wszystko, żeby odnaleźć pana narzeczoną.
Spojrzałem na komórkę i odniosłem wrażenie, jakbym miał pożegnać się z czymś znacznie mi bliższym niż tylko telefon. Wprawdzie nie korzystałem z niego zbyt często, nie miałem ku temu powodu, ale było na nim jej zdjęcie. Moja jedyna kopia.
– Wolałbym…
– Chce pan ją odnaleźć? – przerwał mi podkomisarz.
Skinąłem głową.
– W takim razie proszę się zdać na nas. Wiemy, co robimy.
Trwał z wyciągniętą ręką, dopóki nie oddałem mu komórki. Być może zastanowiłbym się dwa razy, gdybym nie był tak mocno skacowany. I gdyby wszystko, co się działo, nie wpędzało mnie w poczucie kompletnej dezorientacji.
– Więc wznowicie postępowanie? – zapytałem, kiedy poprowadził mnie w kierunku drzwi.