Niezwyciężony
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Sta­tek tra­cił szyb­kość. Pla­ne­ta za­kry­ła gwiaz­dy, cała w ru­dej weł­nie ob­ło­ków. Wy­pu­kłe lu­stro oce­anu z od­bi­ciem słoń­ca prze­su­wa­ło się co­raz wol­niej. W pole wi­dze­nia wszedł bury, upstrzo­ny kra­te­ra­mi kon­ty­nent. Lu­dzie na sta­no­wi­skach po­kła­do­wych nie wi­dzie­li nic. Głę­bo­ko pod nimi w ty­ta­no­wych trze­wiach pęd­ni na­ra­stał stłu­mio­ny ryk, ol­brzy­mi cię­żar ścią­gał pal­ce z rę­ko­je­ści. Chmu­ra, któ­ra do­sta­ła się w pro­mień od­rzu­tu, roz­sre­brzy­ła się wy­bu­chem rtę­ci, roz­pa­dła się i zni­kła. Ryk sil­ni­ków wzmógł się na chwi­lę. Ru­da­wa tar­cza roz­płasz­czy­ła się: tak pla­ne­ta prze­kształ­ca się w ląd. Wi­dać już było prze­ga­nia­ne wia­trem sier­po­wa­te wy­dmy, smu­gi lawy, roz­cho­dzą­ce się jak szpry­chy koła od naj­bliż­sze­go kra­te­ru za­gra­ły od­bi­tym po­ża­rem ra­kie­to­wych dysz, sil­niej­szym od sło­necz­ne­go.

– Cała moc na osi. Sta­tycz­ny ciąg.

Strzał­ki le­ni­wie prze­su­wa­ły się w na­stęp­ny sek­tor ska­li. Ma­newr prze­szedł bez­błęd­nie. Sta­tek, jak od­wró­co­ny wul­kan zio­ną­cy ogniem, wi­siał pół mili nad ospo­wa­tą płasz­czy­zną z uto­pio­ny­mi w pia­skach skal­ny­mi grzę­da­mi.