To, co dzieje się później, w moich wspomnieniach zapisze się niewyraźnie, jak narkotyczny trans. Pamiętam, jak znoszą mnie do samochodu na prowizorycznych noszach, bo nie mogę ustać na nogach, a nad głową majaczą nam czarne świerki i zbocze góry o dwóch wierzchołkach, którą dawniej – na długo, nim się urodziłam – nazywano Neumanns-Koppe. Pamiętam radio, przez które informują inne grupy poszukiwawcze, że się znalazłam, i mijany po drodze krzyż choleryczny. A potem wnętrze radiowozu śmierdzące fajkami. Wsadzają mnie na tylną kanapę dużego fiata, oddzieloną od szoferki kratą, przykrywają kocem i włączają syreny. Ruszamy w dół, drogą do wsi. Jeden z gliniarzy, ten w fotelu pasażera, nie przestaje trajkotać, wciąż zadaje pytania:
– Pamiętasz, co się stało? Co robiłaś przez ostatnie trzy dni? Nie słyszałaś, jak cię wołaliśmy? Dlaczego nie wróciłaś do domu?
– Daj jej spokój, stary – strofuje go zza kierownicy ten drugi. – Nie widzisz, że jest w szoku? Musi odpocząć. Na przesłuchanie przyjdzie czas. Wkrótce wszystko sobie przypomni. Prawda? – Spogląda na mnie we wstecznym lusterku.