Od jednego Lucypera
Anna Dziewit-Meller — Literatura piękna

„Najgorzej to podnieść nagle coś ciężkiego – myślała sobie w te dni Marijka i nerwowo zerkała co chwilę między swoje szerokie uda. – Niy poradzisz, dzioucha, niy poradzisz z tym inaczyj. Ino lignina, szmata i modlitwa do Nojświyntszyj Paniynki, żeby jakoś dała dychnōńć”. Ale że już teraz zarządzeniem Partii Nojświyntszo Paniynka była nielegalna na zakładzie, to widać nie pomagała Marijce w zostaniu przodownicą pracy. A Marijka bardzo chciała być przodownicą, i to najlepszą w zakładzie albo i w całym Chorzowie, a może nawet w ludowej ojczyźnie. Już nie raz przekraczała wyznaczone normy, jej czarno-biała poważna twarz wisiała na tablicy z podpisem: „Tyle to a tyle procent ku chwale planu trzyletniego!”, pięła się po socjalistycznej drabinie prestiżu. Pieniądze swoje mieć, a nie mieć – to dla takiej jak ona dziouchy być albo nie być. I wiadomo, że mieć i dzięki temu być. Pierwsza w rodzinie taka samodzielna, taka osobna, taka inna, lepsza, nowa młoda kobieta pracująca poza domem.

Marijka zatrudniła się w zakładzie chemicznym niedługo po wojnie, kiedy trzeba było rąk do pracy, powojenna odbudowa dopiero się zaczynała i każdy ochotnik był na wagę złota.