Od jednego Lucypera
Anna Dziewit-Meller — Literatura piękna

Co jednak nie oznacza wcale, że wcześniej nie pracowała. Każdego dnia po szkole, czy to jeszcze niemieckiej, czy to już polskiej ludowej, a czasem zamiast wizyty w obu tych placówkach, matka jej kozali w dōma robić, przy siostrze, a potem przy bracie, więc nie wiadomo było, w co ręce powsadzać, od rana do nocy. Kopać kartofle na polu przy Azotach, szorować podłogę ryżową szczotą na kolanach, dokładnie i systematycznie, miejsce przy miejscu, prać pranie, rozwieszać pranie, maglować pranie, piec ciasto, piec chleb, jak czasy były lepsze, to i oskubać kurkę z pierza – normalne zajęcia, żeby darmo nie jadać. Jej matka szeleściła spódnicą, wycierała ręce w fartuch, a potem go zdejmowała z siebie i waliła nim gdzie popadnie: po nogach, po ramionach, po głowie.

– Pierōński giździe, raus mi z dōma – wołała, gdy nie była zadowolona z wyników pracy.