Od jednego Lucypera
Anna Dziewit-Meller — Literatura piękna

Może jak Ruscy przyszli, to już coś tam lepiej pamiętała, obrazy popłochu i paniki, ogień i krew na podwórku, ale teraz to nie miało najmniejszego znaczenia. Przeszłość oddzielono grubą linią, której początek dały słoiki ze zdjęciami ojca w mundurze Wehrmachtu zakopane w ogrodzie pod gruszą.

Na Śląsk dotarła Polska Ludowa, wykluła się z powojennego chaosu jak ze śmierdzącego jajka. Zrodziła się z wojny domowej wszystkich ze wszystkimi, z pragnienia pójścia dalej z tym darowanym życiem, z rodzin, w których zabrakło mężczyzn, bo nie wrócili z wojen i obozów. Wszystkie podobne Marijce dziewczęta – Haneczki, Krysie, Basie, Celestynki – między Bugiem a Odrą ujrzały nagle przed sobą wyciągniętą zachęcająco dłoń. „Chodź do nas, my cię uczyć każem – głosił oficjalny komunikat. – Kobiety miast i wsi polskich, jest was o dwa miliony więcej niż polskich mężczyzn, w końcu i dla was zatem nadszedł czas nadziei i zmiany, nie ma wyjścia. Awans społeczny dla wszystkich!” Była to rewolucyjna zmiana, którą im przyniesiono i rzucono pod nogi, by ją sobie wzięły i poniosły dalej, bez zrozumienia tego, co właściwie sobie niosą w tę przyszłość namalowaną kolorowymi farbami na plakacie.