Jej mąż wrócił z wojny, poszedł do pracy w kopalni, wstawała więc z nim o świcie, kroiła chleb i siedziała przy stole, w mroku poranka, nim zbudził się dom. Marijka widziała czasem ich cienie za zasłoną oddzielającą kuchnię od izby, w której spała z siostrą i bratem, jak siedzą w milczeniu, nie patrząc na siebie. Słychać było tylko skrobanie łyżki o metalową miskę i szuranie nogami pod stołem, gdy wstawali. Kiedy ojciec wychodził, matka robiła za nim znak krzyża w powietrzu, prosząc niemo wyższe siły, by i tym razem wrócił do niej po szychcie. I jak dotąd wracał, szorowała mu więc nogi w wielkiej balii stojącej na środku kuchni, szorowała mu plecy i kładła go spać, jak swoje trzecie dziecko.
– Jes żeś.
– Jes żech.
Więcej nic.
Marijka nie pamiętała dobrze wybuchu wojny, zresztą za Niemca – jeji matka godali – tak źle zaś nōm niy było, było aby co do gara wrazić, szkoła była, porzōndek bōł. Czasym ludzie po kōntach szeptali, że „to Hitler złoty nauczył nos roboty”. Ino że ôjca potym wziyni na frōnt. Ale wrōciōł.