Od jednego Lucypera
Anna Dziewit-Meller — Literatura piękna

Na przetrzebiony z ludzkiej tkanki Śląsk, wyczyszczony z fachowej siły roboczej, która niczym reparacja wojenna dla sowieckich braci odjechała kibitkami do radzieckich łagrów, zjeżdżali więc coraz śmielej z gorolskich miasteczek i wsi młodzi ludzie, nie tylko dzielni junacy, ale i najdzielniejsze dziewczyny. Nie chciały już ciężko pracować na ojcowiźnie, która i tak potem będzie przeznaczona dla któregoś z braci, bo przecież nie dla żadnej z nich. Przez Polskę poszła nowina o wyzwoleniu z niewoli domowej. Kobieta w ciasnym stalinowskim objęciu mogła w końcu być na równi z mężczyzną, gdy tych tak bardzo ojczyźnie brakowało. No prawie. Obywatelka jest odzwierciedleniem cnót obywatela! Marijki, Krysie, Halinki – nie bądźcie jak baby, już nie musicie. Teroz bydziecie jak baby i chopy zarazym. Możecie się teraz starać i w domu, i w zagrodzie, i w zakładzie. Umożliwiamy wam, towarzyszki, nowy start. Damy wam żłobek i damy wam stołówkę. „Rodzina Bogiem silna” – to już nie musi być obowiązujący was model, bo Stalin i Bierut wyciągają do was dłoń. Tak wam teraz pozwalamy, Marijki, Małgosie, Stefanie, i za to nas szanujcie, bo wam nikt nigdy więcej nie dał od nas.