Od jednego Lucypera
Anna Dziewit-Meller — Literatura piękna

Daliśmy wam kolektyw i prawo do uczestnictwa w nim, czyż to nie wspaniałe? Dla was, które tak niewiele mogłyście wcześniej? Czyż to nie wielka rzecz, móc odmienić swój nieciekawy kobiecy los?

No wielka przecież. Jak miała się nie cieszyć dziewczyna, gdy z płuczki na kopalni, gdzie za psi grosz w chłodzie i wilgoci, w mrozie albo upale przerzucała rękami ciężkie kawały węgla na taśmociągu, przeszła nagle pod ziemię – dzięki łasce decydentów, którym rąk do pracy wciąż było brak. Pod ziemią było ciepło i sucho, nawet gdy nad nią padał śnieg i trzymał mróz, a praca wcale nie była cięższa, była lżejsza nawet, bo zmechanizowana, i lepiej płatna. Jak miała się nie cieszyć, gdy z wsiowej chałupy gdzieś pod Częstochową, Miechowem albo Buskiem wychodziła i jechała do miasta i może wśród pluskiew, owszem, ale z kiblem w tym samym budynku, a nie obok, może wśród zgnilizny moralnej, tak, oczywiście, ale bez bicia po twarzy przez na wskroś moralnych małorolnych ojca i braci.