Od jednego Lucypera
Anna Dziewit-Meller — Literatura piękna

Nie było w niej nic z wiotkiego powabu jej młodszej siostry ani z wyniosłej suchej kostyczności matki. Była jak rzepicha, czerstwa, czerwona na policzkach, donośna. Paliła szporty przez żółtą od nikotyny lufkę. Nosiła ją w kieszeni fartucha, a gdy wykopciła peta, bawiła się, kręcąc nią między grubymi palcami. Mówiła głośno, śmiała się, chichocząc wesoło i trzęsąc silnymi barkami.

– Perszeron – szeptali łakomie między sobą koledzy ze zmiany w zakładzie. – Na przodek do kopalni z niōm, niych wōzyki ciōngnie, kōniōm by dać dychnōńć mogła, a jeszcze by nos pociōngła na gōra.

– Jo bych sie boł takij baby, że ôna mi ciulika urwie, tymi udami swojymi, dyć to jak imadło musi być – mówili i nie wiadomo, czy to był wyraz fantazji o położeniu się na jej ciele twardym jak siennik nabity świeżym sianem, czy strach przed mocą jej żelaznych ud, które mogłyby zakleszczyć każdego ciulika i jego pana na wieczność w mroku jej pity.