Wielkie, do końca nieociosane przez stwórcę ciało Marii wzbudzało bowiem silne emocje. Nie dało się jej nie zauważyć, jak znaku ostrzegawczego, który natychmiast rzuca się w oczy. Trudno było jednak zgadnąć, czy to ona przed czymś ostrzega innych, czy sama się przed nimi chroni. Czasem ani kobietą, ani mężczyzną nie wydawała się im Maria, lecz jakimś homo duplex, który zrzucił kobiecą skórę, a swoje piersi, sterczące w górę jak wydmy, i płaski twardy brzuch powlekł skórą męską, łuszczącą się nieco na łokciach, gubiącą łuski we wnętrzu roboczego kombinezonu.
Marijka nie nosiła rubinów na palcach, były za grube na pierścionki po matce albo po babce. Zresztą nawet gdyby te ostatnie mieściły się na jej palec serdeczny, nie nosiłaby na nim przenigdy rubinu, bo przecież każdy wiedział, że rubin ściągał na właściciela krew i zło, tak jak perły ściągały łzy.