Kiedy po szychcie, zmęczona i obolała, leżała już w łóżku ze swoją młodszą siostrą, przed zaśnięciem, tak jak opowiada się bajki na dobranoc, opowiadała jej o pracy, o kolegach i o koleżankach, o kierowniku, który przyjechał ze Lwowa i choć niby był Polakiem, to ciężko się było z nim dogadać, tak śmiesznie zaciągał. O stołówce, gdzie mogli wykupić sobie przydział kaszy z omastą albo tłuczone kartofle, o dziewczynach ze wsi, które nagle znikały niedługo po tym, jak je zaczynano widywać z kawalerami na ulicy Wolności, o Leninie i o Stalinie też, bo dużo się na ich temat dowiadywała i słuchała o nich zawsze z zaciekawieniem. Babcia Miejscowa wysłuchiwała tych opowieści, szeptanych cicho już po wspólnej modlitwie do Matki Boskiej Piekarskiej − klękały do niej obie przed łóżkiem, jedna wysoka i barczysta, druga chuda i delikatna. Lenin, Stalin i Najświętsza Panienka czuwali potem nad ich ciężkim snem, dopóki blask poranka nie zaświecił w wyczyszczone na błysk okna w czerwonych ramach. Spały przytulone do siebie, wdychając nawzajem swoje oddechy, budując bliskość, jakiej każdy mógłby im zazdrościć. Kasia na przykład.