Marijce do samodzielności jeszcze sporo brakowało, bo wciąż się gniotła w familoku z całą rodziną i na swoje na razie pójść nie miała jak, ale jakaż to była radość, gdy matka w końcu nie mogła o niej mówić, że jest śmierdzącym darmozjadem. Nie ma nic gorszego niż jedzący darmo! Lepiej by dla takiego było, gdyby się najadł własnego wstydu i zdechł na skręt kiszek.
Jeśli więc nawet coś bolało, gdzieś dusiło, skądś krwawiło, nawet jeśli bez zmian wyśmiewano, popychano i bito, nawet jeśli kierownik zmiany obmacywał je w ciemnym kącie jak karbowy w majątku przedwojennego pana – wszystko to znosiły z zaciśniętymi zębami, czekając na ostateczne dokonanie się zmian, które jednak nigdy nie nastąpiło.
Marijka zakasywała granatowe rękawy kufajki swoimi wielkimi dłońmi, poprawiała chustkę na głowie i szła Do roboty! Do roboty! z pieśnią na ustach. Wojna już dawno się skończyła, dzieciństwo przeminęło, czas na życie prawdziwe, cóż mamy do stracenia?