W te dni wracała do domu i prała w zimnej wodzie bindki twarde od brązowej, zaschłej krwi. Bo ta lepiej schodzi w zimnej – każdy, kto chciał zmyć z czegoś krew, wie, że ciepłą to już na sam koniec się zalewa. Ale mimo to bindki nigdy nie dały się dobrze wyprać i gdy suszyła je nad piecem, czuła się winna, że ojciec musi patrzeć na zardzewiałe szmatki i że Kazik patrzy i się śmieje, że śmierdzi w kuchni gównem, choć przecież to wcale nie było gówno, tylko krew. I tylko Babcia Miejscowa, wtedy jeszcze niekrwawiąca, ale bardzo przejęta tym znakiem kobiecości, patrzyła na swoją siostrę szorującą zaciekle kawałki szmatki w misce pełnej zimnej wody, pochylała się nad nią i mówiła cicho:
– Nie martw się.
A Marijka podnosiła głowę i całowała ją w czoło, mówiąc:
– Oby cie to, dzioucha, jak nojpōźnij spotkało, to je nic, ino ôstuda a pierōński bōl.