Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Sły­szał pią­te przez dzie­sią­te z tego, co mó­wi­li do Bo­er­sta, a Bo­erst wy­cią­gnię­ty jak stru­na od­po­wia­dał szyb­ko, tak szyb­ko, że Pirx nic nie zro­zu­miał. Po­tem po­de­szli do nie­go, a kie­dy Szef za­czął mó­wić, Pi­rxo­wi na­raz przy­po­mnia­ło się, że mia­ło ich dziś le­cieć prze­cież trzech, a nie dwóch, gdzież więc po­dział się ten trze­ci? Na szczę­ście usły­szał sło­wa Sze­fa i w ostat­niej chwi­li zdą­żył wy­pa­lić:

– Ka­det Pirx go­tów do od­by­cia lotu.

– M… tak – po­wie­dział Szef. – I ka­det Pirx oświad­cza, że jest zdrów na cie­le i umy­śle – ehem – w gra­ni­cach swo­ich moż­li­wo­ści?

Szef lu­bił do­cze­piać ta­kie kwia­tusz­ki do ste­reo­ty­po­wych py­tań i mógł so­bie na to po­zwo­lić, bo był Sze­fem.

Pirx po­wie­dział, że jest zdrów.

– Na okres trwa­nia lotu mia­nu­ję ka­de­ta pi­lo­tem – wy­po­wie­dział Szef sa­kra­men­tal­ną for­mu­łę i cią­gnął: