Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Po­my­ślał, że Bo­er­sto­wi jest do twa­rzy na­wet w tym dzi­wacz­nym stro­ju, jak­by wy­kro­jo­nym ze stu pi­łek fut­bo­lo­wych na­raz, i że kom­bi­ne­zon Bo­er­sta na­praw­dę jest nie­na­dę­ty, pod­czas kie­dy jego kom­bi­ne­zon miej­sca­mi jak gdy­by ma jesz­cze w so­bie spo­ro po­wie­trza – i dla­te­go tak nie­do­brze mu się cho­dzi, i musi tak sze­ro­ko sta­wiać nogi. Ze­brał je ra­zem, jak mógł, ale ob­ca­sy nie chcia­ły mu się zejść. Dla­cze­go Bo­er­sto­wi chcia­ły? To było nie­ja­sne. Gdy­by nie Bo­erst, za­po­mniał­by zresz­tą na śmierć o tym, że trze­ba przy­brać za­sad­ni­czą po­sta­wę ty­łem do ra­kie­ty, a fron­tem do trzech lu­dzi w mun­du­rach. Po­de­szli naj­pierw do Bo­er­sta – daj­my na to dla­te­go, że był on na B, ale to też nie był zu­peł­ny przy­pa­dek albo ra­czej: był to przy­pa­dek na nie­ko­rzyść Pi­rxa, po­nie­waż za­wsze mu­siał dłu­go cze­kać na „wy­rwa­nie” i de­ner­wo­wał się, bo wo­lał, aby złe wy­da­rzy­ło mu się od razu.