Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Na kur­sie mó­wio­no, że wkrót­ce po­ja­wią się – za­stę­pu­jąc do­tych­cza­so­we ścią­gaw­ki – bry­ki elek­tro­no­we, to jest mi­kro­mó­zgi wiel­ko­ści pest­ki od wi­śni, któ­re moż­na bę­dzie no­sić w uchu albo pod ję­zy­kiem, i któ­re pod­po­wie­dzą za­wsze i wszę­dzie wszyst­ko, co oka­że się aku­rat po­trzeb­ne. Ale Pirx nie wie­rzył w to, uwa­ża­jąc, nie bez słusz­no­ści, że kie­dy się po­ja­wią, nie bę­dzie już trze­ba ka­de­tów. Na ra­zie mu­siał sam po­wtó­rzyć cały te­nor za­da­nia – i zro­bił to, raz je­den tyl­ko po­my­liw­szy, ale to grun­tow­nie, mi­nu­ty i se­kun­dy cza­su z se­kun­da­mi i mi­nu­ta­mi dłu­go­ści i sze­ro­ko­ści. Po czym, spo­co­ny jak mysz w swo­jej prze­ciw­pot­nej bie­liź­nie, pod gru­bą po­wło­ką kom­bi­ne­zo­nu, cze­kał na dal­szy roz­wój wy­pad­ków. Po­wtó­rzyć za­da­nie – po­wtó­rzył, ale treść jego nie za­czę­ła jesz­cze do­cie­rać do jego świa­do­mo­ści. Je­dy­ną my­ślą, jaka w nim bez prze­rwy krą­ży­ła, było: „Ale mi dali łup­nia!!”