Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Za­ci­skał w le­wej gar­ści bryk, po­da­jąc pra­wą ręką książ­kę na­wi­ga­cyj­ną. Ust­ne re­cy­to­wa­nie za­da­nia było zwy­czaj­ną szy­ka­ną – i tak do­sta­wa­ło się je na­pi­sa­ne z wy­kre­ślo­nym pierw­szym kur­sem. Szef wło­żył ko­per­tę z za­da­niem do kie­szon­ki pod okład­kę książ­ki, od­dał mu ją i spy­tał:

– Pi­lot Pirx go­tów do star­tu?

– Go­tów! – od­po­wie­dział pi­lot Pirx. W tej chwi­li miał już tyl­ko jed­no ży­cze­nie: zna­leźć się w ste­row­ni. Ma­rzył o roz­pię­ciu kom­bi­ne­zo­nu, przy­naj­mniej pod szy­ją.

Szef cof­nął się o krok.

– Do po­ci­sku! – krzyk­nął wspa­nia­łym, sta­lo­wym gło­sem, któ­ry jak dzwon prze­ciął głu­chy, nie­usta­ją­cy ha­łas ol­brzy­miej hali.

Pirx zro­bił zwrot w tył, zła­pał czer­wo­ną cho­rą­giew­kę, po­tknął się o jej lin­kę, w ostat­niej chwi­li chwy­cił rów­no­wa­gę i wma­sze­ro­wał jak Go­lem na cien­ki po­most. Kie­dy był w jego po­ło­wie, Bo­erst (wi­dzia­ny z tyłu przy­po­mi­nał jed­nak pił­kę fut­bo­lo­wą) wcho­dził już do swo­jej ra­kie­ty.