Zaciskał w lewej garści bryk, podając prawą ręką książkę nawigacyjną. Ustne recytowanie zadania było zwyczajną szykaną – i tak dostawało się je napisane z wykreślonym pierwszym kursem. Szef włożył kopertę z zadaniem do kieszonki pod okładkę książki, oddał mu ją i spytał:
– Pilot Pirx gotów do startu?
– Gotów! – odpowiedział pilot Pirx. W tej chwili miał już tylko jedno życzenie: znaleźć się w sterowni. Marzył o rozpięciu kombinezonu, przynajmniej pod szyją.
Szef cofnął się o krok.
– Do pocisku! – krzyknął wspaniałym, stalowym głosem, który jak dzwon przeciął głuchy, nieustający hałas olbrzymiej hali.
Pirx zrobił zwrot w tył, złapał czerwoną chorągiewkę, potknął się o jej linkę, w ostatniej chwili chwycił równowagę i wmaszerował jak Golem na cienki pomost. Kiedy był w jego połowie, Boerst (widziany z tyłu przypominał jednak piłkę futbolową) wchodził już do swojej rakiety.