Popękana szybka utrudniała wybranie numeru i Chyłka uświadomiła sobie, że po raz pierwszy, od kiedy wyszła ze szpitala, staje przed takim problemem. Dotychczas obsługa telefonu wiązała się jedynie z odrzucaniem połączeń lub wyciszaniem dzwonków.
Przypuszczała, że kobieta o tej porze nie odbierze. Stało się jednak inaczej, zupełnie jakby Łucja Tesarewicz czekała z komórką w dłoni.
– Tak? – rozległ się głos w słuchawce.
– Wspomina pani każdą swoją kretyńską decyzję, czy jak?
Joannie odpowiedziało milczenie.
– Halo? – upomniała się o uwagę Chyłka.
– Tak, jestem… tylko nie bardzo rozumiem, co pani…
– Ja zazwyczaj tak spędzam te noce, kiedy nie mam spania. Mówię swojemu mózgowi: czas się wyciszyć i wyłączyć, a on odpowiada mi: hola señora, przeanalizuj najpierw każde potknięcie, które w życiu zaliczyłaś.
– Ależ… – Łucja na moment urwała i nabrała tchu. – Kim pani jest?
– Dla jednych zbawieniem, dla innych przekleństwem.
Rozmówczyni znów zamilkła.
– Joanna Chyłka.
Mechanicznie chciała dodać „z kancelarii Żelazny & McVay”, ale coś ją powstrzymało. Być może fakt, że sama nie wiedziała, czy nadal powinna wymachiwać tym sztandarem.
– Jezus Maria…
– Nie, naprawdę Chyłka.
– Nie liczyłam, że pani zadzwoni.