Ogarnął ją upiorny paraliż. Nie biła na oślep, nie młóciła agresora z całych sił pięściami. Leżała przygnieciona nie tyle ciężarem jego ciała, ile własnym przerażeniem.
Chciała błagać, by przestał, nim nie było jeszcze za późno. Chciała apelować do jego człowieczeństwa, prosić, żeby zostawił ją w spokoju, przecież nic mu nie zrobiła, nie zasłużyła na to, a on nie może tak po prostu odebrać tego, czego nikt nigdy jej nie zwróci.
Nie wypowiedziała ani słowa.
Nie zdążyła.
Mężczyzna bowiem uniósł jej głowę, a potem z całej siły uderzył nią o chodnik. Zrobił to raz, drugi i trzeci. Na moment przerwał i nasłuchiwał. Oddechu Patrycji Dobskiej, ale także dźwięków świadczących o tym, że ktoś w okolicy usłyszał szarpaninę.
Później przyłożył palce do tętnicy szyjnej. Czekał.
Brak pulsu.
Dokończył szybko to, co rozpoczął, następnie wyczyścił ślady. Podniósł się ostrożnie, wodząc wzrokiem dookoła.
Pozostała mu jeszcze najważniejsza rzecz do zrobienia.
Z samochodu dziennikarki zabrał laptopa, z torebki zaś dyktafon. Potem skierował się ku Marszałkowskiej.
Wykonał zadanie.