Zaczęło się od tego, że powiedziałam do Kathrin: „Pieprz się!”. A trzeba wiedzieć, że zwykle tak do nikogo nie mówię. Zasadniczo nie szastam na lewo i prawo zaproszeniami do współżycia płciowego. Zwłaszcza gdy jadę samochodem.
Jednak Kathrin – o czym też trzeba wiedzieć – jest jedną z tych osób, które zawsze ci dają poczucie, że zrobiłaś coś nie tak i teraz jesteś im coś winna. Znasz ten typ, prawda? Ludzi, którzy bez przerwy narzekają, ale nigdy niczego nie zmienią? Którzy wysysają z ciebie energię jak dziecko oranżadę z woreczka?
Kathrin przeżywa nieustanną gehennę. Gdyby ją traktować poważnie, można by pomyśleć, że cierpi na depresję. Z czasem jednak zrozumiałam, że Kathrin nie dopadła depresja, tylko zwyczajnie jest głupią krową.
Mogłoby się wydawać, że życie stale daje jej w kość: praca do kitu, związek z Jean-Claude’em w ruinie, rodzina zwala jej wszystko na głowę, przyszłość maluje się czarno – i biedaczka w ogóle już nie wie, co począć. I kiedy zaczynam się o nią martwić, ona pływa sobie luksusowym wycieczkowcem po morzu, wydaje przyjęcia i wychodzi za Jean-Claude’a.