A jednak kiedy znowu mnie udręczyła („To koniec! Moje małżeństwo to fikcja!”), a potem wybrała się z Jean-Claude’em na wycieczkę do Wenecji (to mój pomysł: „Zróbcie razem coś fajnego!”), zajęłam się jej psem, podlewałam jej kwiatki i dosypywałam soli do basenu z morską wodą. Chociaż jej dom wcale nie stoi za rogiem. A przy okazji: dom Kathrin jest ogromny, nowoczesny i luksusowo wyposażony – mimo tych wszystkich finansowych ciężarów, które spoczywają na jej wątłych barkach. Bo Kathrin, jak sama twierdzi, jest za dobra dla ludzi. Kiedy na przykład normalnie płaci hydraulikowi, zamiast go miesiącami zwodzić i w końcu zapłacić połowę tego, co mu się należy. Bo przecież tak też się da.
– Ale wtedy sobie myślę: może on też ma rodzinę? – mówi z miną Matki Boskiej z obrazka.
Kiedy spotkałyśmy się po jej powrocie z Wenecji, trochę się spieszyła – musiała jeszcze odebrać Jean-Claude’a z masażu, bo łóżka w hotelu, który im poleciłam, były ka-ta-stro-fal-ne. A wycieczka okazała się do niczego, choć dzielnie wycisnęli z niej, co się dało.