1
2021
Martin przeszedł na emeryturę przed piętnastu laty, a od dziesięciu mieszkał w małym Storlien po szwedzkiej stronie, dwa kilometry od norweskiej granicy. Co drugi czwartek jeździł do Trondheim, jedynego prawdziwego miasta w promieniu stu kilometrów.
O dziesiątej wsiadał do czterdziestoletniego citroëna cx, wkładał kasetę do radioodtwarzacza i słuchając muzyki, sunął powoli na zachód. Przejazd E14 wraz z dojazdami zajmował mu zwykle około dwóch godzin, chyba że czwartek poprzedzał albo wypadał w dni wolne. Wtedy rezygnował z wyjazdu, bo na zakupy do tańszej Szwecji ciągnęły karawany Norwegów i przejazd mógł trwać dwa razy dłużej.
Do Trondheim jeździł, bo tęsknił za miastem, które było jego naturalnym środowiskiem. Storlien było tylko osadą sportów narciarskich i ożywało na kilka miesięcy w roku. Trondheim, mimo dwustu tysięcy mieszkańców, nie miało charakteru miejskiej metropolii, a poza letnim sezonem sprawiało nawet wrażenie wymarłego. Martin nie miał jednak żadnego wyboru, więc żeby uzasadnić swoje wyjazdy, znalazł dobry powód. Lubił ryby i owoce morza.