Zjeździł niemal cały świat i gdziekolwiek był, próbował lokalnych specjałów. Jadł kiszonego rekina na Islandii, rybę fugu w Japonii, marynowanego jesiotra w Astrachaniu, trepangi w Szanghaju, rybę Świętego Piotra nad Jeziorem Galilejskim, Janssons frestelse w Szwecji, więc oficjalnym powodem czwartkowych podróży do Trondheim stał się targ Ravnkloa, na przystani Szpon Kruka. Nad brzegiem rzeki Nidelvy, gdzie od lat przybijały kutry rybackie i statki pasażerskie. Nie było to Fisherman’s Wharf w San Francisco, ale zawsze coś. Pachniało morzem i to Martinowi wystarczało.
Storlien zakrywały chmury i panował w nim lekki mróz. Prószył śnieg, więc wyciągi jeszcze chodziły, ale w Trondheim był piękny słoneczny dzień, dziewięć stopni na plusie, i pojawiły się pierwsze pąki. Wiosna na norweskim wybrzeżu przychodziła dużo wcześniej niż w górach po szwedzkiej stronie. Tak miało być i w tym roku, a był to pierwszy czwartek kwietnia po pandemii.